@wszuwarach

Szukaj na blogu

Newsletter

Wiosłuj z nami

Zapisz się, a my raz w miesiącu dostarczymy Ci szuwarowe wieści

*warunki newslettera

Zanim zostaniesz wieśniakiem

Miejsca , Opowieści , Porady | 2018-10-15

Zanim zostaniesz wieśniakiem

To taki wiejski dekalog, czyli lista rzeczy o których warto wiedzieć, zanim wyprowadzisz się z miasta. Niektóre mile cię zaskoczą, inne zatrują ci radość np. z lepienia bałwana. 

Czym jest wiejskie życie przekonałam się po przeprowadzce pod Olsztyn. Dla mojej warmińskiej osady wieś to za duże słowo – ot zwykłe biedówko, cztery domy między dziurawą drogą gminną, a jeziorem, ze zrujnowaną popegeerowską oborą w tle. Ja jednak poczułam do tego miejsca miłość od pierwszego wejrzenia. Chociaż rozsądek podpowiadał, że decyzja o kupnie mieszkania w starym domu wiąże się z wieloma konsekwencjami...

Początki były zaskakujące dla nas, czyli ludzi, którzy całe życie mieszkali w bloku. Co ciekawe, często były to miłe niespodzianki.

Po pierwsze: ciemno wszędzie...

Nocą na podwórku było zupełnie ciemno. Nie paliła się żadna latarnia, nie było widać żadnego światła w oknach – tylko z oddali migał na czerwono maszt telewizyjny na Pieczewie. I to było cudowne – wreszcie nic nie zakłócało nocy. Tyle się mówi o zapyleniu, a nawet zanieczyszczeniu hałasem. Kto nie poznał prawdziwej nocy, nie wie, że lampy nie tylko świecą, ale i śmiecą swoim blaskiem. 

W końcu jednak sołtys za przyczynkiem sąsiadów stwierdził, że dość tej ciemnoty i załatwił nam lampę na słupie. Taką nowoczesną, na fotokomórkę - zapalała się jak ktoś przechodził. Zimą fotokomórka reagowała na każdy płatek śniegu - światło zapalało się i gasło w odstępie sekundy. A że lampa stała idealnie pod mym okienkiem, to w każdą zimową noc mieliśmy w sypialni dyskotekę. Na szczęście lampa w końcu przestała działać, a ja nie zamierzam składać reklamacji w energetyce.

Droga nocą - światła traktora i księżyc

Droga podczas księżycowej nocy - tylko traktor i księżyc

Po drugie: gwiazdy

Jak to mawiał stary Immanuel Kant z leżącego niemal po sąsiedzku Królewca - "Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie…" a właściwie "Są dwie rzeczy, które na­pełniają duszę podzi­wem i czcią, niebo gwiaździs­te na­de mną i pra­wo mo­ral­ne we mnie. Są to dla mnie do­wody, że jest Bóg na­de mną i Bóg we mnie."

I faktycznie - patrząc na wiejskie niebo łatwiej jest uwierzyć, że ktoś celowo ten ład na firmamencie stworzył.  W mieście takich gwiazd po prostu nie ma. W upalne noce (a pierwsze lato po przeprowadzce było wyjątkowo gorące) kładliśmy się z moim świeżo wtedy poślubionym małżonkiem dla ochłody na tarasowych kaflach, patrzyliśmy na spadające gwiazdy i niebo usiane tyloma punkcikami, że wyglądało jak Droga Mleczna na zdjęciach. Ech, bajkowe doświadczenie...

Po trzecie: wiejskie hałasy

To dźwięki zupełnie inne niż w mieście, absolutnie nie cisza. Pamiętam noc kiedy usłyszeliśmy z mężem przeraźliwy odgłos piłowanego metalu. Byłam pewna, że jakiś bezczelny złodziej połakomił się na naszą małą żaglówkę, która stała przymocowana łańcuchem obok garażu. Chwilę zajęło nam okrycie, że to nie piła, ale głos derkacza, rzadkiego ptaka, bardzo płochliwego i skrytego! 

Wiosną budzi nas taki ptasi zgiełk skowronków i innego tałatajstwa, że człowiek ma ochotę czasami rzucić w tą zgrają poduszką. Wieczorem żaby dają koncert tak głośny, że przekraczane są wszelkie normy hałasu – już chyba spokojniej mieszkać koło autostrady. Psy szczekają, sąsiad śpiewa sprośne pieśni po kielichu, traktory jeżdżą - oj niejeden mieszczuch dopiero na wsi dowiedział się co to znaczy hałas.

Zima w Szuwarach

Tak wygląda droga dojazdowa na wsi po śnieżycy. Zaspy głębokie na metr, a pługu ni widu ni słychu.

Po czwarte: Bogumił i śnieg 

Gdy śnieg zaczyna padać, albo zawiewać, pojawiała się całkiem realna obawa, że nas odetnie od świata, że nie wrócę do domu, nie wyjadę z podwórka. Nieraz zdarzyło się tak, że faktycznie trzeba było ręcznie torować sobie drogę łopatą, albo prosić sąsiada, by wyciągnął samochód z zaspy terenówką. Co prawda przez ostatnie dziewięć lat tylko raz totalnie nas zasypało – przyczynił się do tego huragan Ksawery. Ale za każdym razem, gdy zaczyna padać "białe kurestwo" (tak śnieg kiedyś trafnie nazwał jakiś wieśniak), adrenalina skacze.

Stres związany z obawą czy wyjadę z domu, zaczyna się wraz z jesienną słotą i wiosennymi roztopami. Niby twarda gruntówka, czy ubity placyk przed garażem zmieniają się wtedy w trzęsawisko. Samochód po ośki w błocie - normalka i standard, na które trzeba być przygotowanym i tyle. Nieraz jednak ręce opadają i chce się zakrzyknąć - Bogumił, Bogumił! - niczym Barbara Niechcic z filmu “Noce i dnie”, bo się ugrzęzło na tej wsi nieszczęsnej niczym ona w Serbinowie.

Po piąte: widoki

Przez pierwsze miesiące po przeprowadzce zaczynałam dzień od sfotografowania komórką, tego co widać za oknem. Nie mogłam uwierzyć, że mieszkam w tak pięknym miejscu, że to zwykły, codzienny widok. Jeszcze bardziej czułam to jadąc rowerem do pracy. Spoglądałam w rowerowe lusterko i widziałam warmińskie domy z cegły, wieżę kościoła, jezioro z wyspą, niebo… Nie mieściło mi się w głowie, że moja zwykła dojazdówka, to przepiękna trasa spacerowa prowadząca warmińską aleją. Inni przyjeżdżają tu na wycieczki, a ja po prostu jadę do roboty.

Niestety już mi się to mieścić nie musi, bo drzewa przydrożne zostały wycięte w zeszłym roku...

Procesja Bożego Ciała w Klebarku Wielkim na Warmii

Procesja Bożego Ciała w Klebarku Wiejskim

Po szóste kościoły, po siódme czary. 

Niesamowite, okazałe lub kameralne, ceglane lub drewniane, wielkie i puste lub małe i zatłoczone… W końcu to Święta Warmia, dawne państwo kościelne, w którym rządził książe-biskup. Ten klimat jest  odczuwalny nadal. Czy podczas procesji Bożego Ciała wśród pól, czy sobótkowej nocy, gdy z pochodniami maszerowaliśmy do jeziora z figurą św. Jana. Coś jest w tych obrzędach pierwotnego, nawet pogańskiego. Na równi z obecnością katolickich świętych, wyczuwam tu bliskość południc, kłobuków i innych magicznych stworów.

Po ósme: historia. 

Odkąd mieszkam w starym domu cały czas czuję jej obecność i to na każdym kroku. 22 stycznia 1945 roku właściciele majątku w którym teraz mieszkam zostali rozstrzelani przez wkraczające oddziały Armii Czerwonej. Podobno gdzieś w ogrodzie były ich groby. Sąsiadka pamięta, że były, ale już nie może skojarzyć gdzie.

Tragiczna historia splata się pozytywną energią miejsca. Czuję się tu u siebie, nigdy nie miałam stracha zostając sama w domu (chociaż moja koleżanka niemal uciekła w środku nocy słysząc dziwaczne odgłosy). Myślę, że poprzedni mieszkańcy i domowe duchy wiedzą, że tak jak oni kiedyś kocham to miejsce, zachwycam się nim i szanuję jego przeszłość…

Kościół w Klebarku Wielkim. Boże Ciało na Warmii.

Kościół w Klebarku Wielkim przed procesją Bożego Ciała

Po dziewiąte: sąsiedzi. 

Po wojnie we dworze w którym mieszkam miał siedzibę PGR i część mieszkańców pamięta jeszcze te czasy. To nie jest grzeczne towarzystwo, ale zbiór indywidualności barwnych niczym w powieści. Każdy ma swoje przywary i zalety. Emocje i konflikty w tak małej społeczności buzują niczym war w kociołku. Z czasem okazało się, że ci na pierwszy rzut oka mili i cywilizowani są kłótliwi, zawistni i wredni. I na odwrót - przyjazną dłoń, wsparcie i serce dostaje się z najmniej oczekiwanej strony. Zatem - nie oceniajcie sąsiadów swoich po pozorach.

Po dziesiąte: bliskość natury

Poczułam na własnej skórze co znaczy życie zgodne z porami roku, z przyrodą. W mieście czy nawet na wsi, jest tyle udogodnień i zaburzaczy, że właściwie niewiele obchodzi nas upał, śnieg, deszcz. Tu jest inaczej. Przyroda często wygrywa, a przynajmniej jej siła jest tak duża, że trzeba ją poważnie brać pod uwagę. 

Po dziewięciu latach mieszkania na warmińskiej wsi coraz mniej mnie zaskakuje. Co jakiś czas tylko zdarza się coś, co sprawia, że na nowo uświadamiam sobie jak magiczne to miejsce. Chociażby wtedy, gdy młoda sójka nie miała siły wrócić swojego do gniazda na belce koło anteny satelitarnej. Musieliśmy ratować niebożątko przed żarłocznymi kotami z naszego podwórka. W czasie akcji poczuliśmy na sobie czyjś wzrok. Na pobliskim polu stał łoś i bacznie się nam przyglądał. Brr, aż ciarki po plecach przechodzą… 

A co was zaskoczyło po przeprowadzce na wieś? Dajcie znać w komentarzu.

Autor: Magda Brzezińska

Pisklak sójki

Niecodzienny gość na balkonie - z gniazdka pod dachem wypadła mała sójka


Co to za zwierze stoi na polu i gapi się na nas tak nachalnie? Na moje oko to łoś.

Dodaj komentarz

 (z http://)

Poczytaj w Szuwarach